Tytuł mógłby brzmieć – “Relacja z piekła”, bo to było piekło, ale i ogromna satysfakcja, po jego przejściu.
Zacznę od początku. W piątek, dwie noce przed startem, powinienem się wyspać. Tak mówi przedmaratońska teoria. Raz, wcale nie czułem się śpiący. Dwa, czekała mnie wczesna pobudka na pociąg do Wrocławia. Spałem niecałe 6 godzin. Taka była przedmaratońska praktyka.
Sama podróż przebiegła bez zakłóceń. Miałem szczęście i nie siedziałem w przedziale z pijanymi kibicami spieszącymi na walkę Adamek-Kliczko. Zamiast nich, były co najmniej dwie osoby również wybierające się na maraton. Mimo niezbyt wielkiego zaufania do PKP pociąg był w miarę punktualnie, a zakupiony przez internet bilet okazał się ważny. Ze dwa razy zapadłem w kilkudziesięciominutową drzemkę. W międzyczasie systematycznie pożerałem kolejne kalorie, zgodnie z ideą przyswajania wysokiej ilości węglowodanów i z trwogą patrzyłem na prognozę pogody w komórce. Zapowiadał się upał, pasujący bardziej do lipca niż września.
Z dworca do hotelu dotarłem szybko i sprawnie, podobnie bez problemu znalazłem biuro zawodów. Pakiet był do odbioru praktycznie bez kolejki. Pakiet, jak to pakiet. Jakieś reklamówki, trzy suplementy diety i spray do nosa – produkty od tytularnego sponsora zawodów, gąbka, informator, kupon na posiłek i herbatę, no i koszulka – tu wielki plus – koszulka została wykonana z materiału technicznego, nie była to więc (co się niestety zdarza) jedynie bawełniana pamiątka. Z zaproszenia na pasta party (też w cenie) nie skorzystałem. Pojechałem rzucić okiem na wrocławską starówkę i szybko do hotelu. Jeszcze kolacja i spać. Tym razem usnąłem błyskawicznie, aż sam się dziwię, że nie zżerały mnie nerwy. Wyszło tego spania chyba 9 godzin – jak na noc przed startem rewelacja.
Pobudka o 6 rano. Prysznic i szybko do tramwaju. Nie było dobrze – o 7 dało się iść w koszulce, beż żadnej, nawet cienkiej bluzy i wcale nie było zimno. Na miejscu ostatnie przygotowania, jak to przed startem i konieczność podjęcia decyzji na jaki czas będę starał się pobiec. Prognozy pogody były bezlitosne. Temperatura miała osiągnąć 29 stopni. W takich warunkach łamanie 3:45 było abstrakcją. Wahałem się między 3:55 własnymi siłami lub 4 h z pacemakerem. Stanęło na tym pierwszym.
Ustawiłem się pod koniec strefy dla celujących w przedział 3:15 – 3:59. Odliczanie. Ruszyliśmy. Początek jak zwykle wolno, pierwszy kilometr w 6:00, ale przynajmniej nie było setek zawalidróg i nie trzeba się było skupiać na ciągłym wyprzedzaniu.
Tu od razu mała uwaga. Garmin trochę wariował i zawyżał przebiegnięty dystans. Miałem ustawionego autolapa co 1 km i co jakiś czas starałem się korygować zapisy. W związku z tym tempa są orientacyjne, jedynie międzyczasy wzięte z oficjalnych wyników.
Pierwsze 10 kilometrów zrobiłem w 55:35 netto, czyli w miarę zgodnie z planem na 3:55. Biegło się lekko, czego można się było spodziewać po 1/4 dystansu. Półmetek w 1:56:58. Zdecydowanie za szybko, ale dalej czułem się nieźle, mimo, że słońce zaczynało dawać się we znaki. Z punktów odżywiania korzystałem skrupulatnie. Od 5 kilometra, co każde 5 woda, kubek albo dwa izotoniku, a dodatkowo od 10 km połówka banana. Od 7,5 km, też co 5 km woda – przeważnie dwie porcje. Żele energetyczne miałem w kieszeni cztery. Pierwszy wciągnąłem na 10 kilometrze, kolejny na 17,5. Wyprzedzałem też kolejne osoby. Coraz więcej zawodników przechodziło w marsz. Na pierwszym międzyczasie byłem 1377, w połowie 1166.
Prawdzie schody zaczęły się w dopiero drugiej połowie. Pomiędzy 24 a 27 kilometrem były dwa podbiegi na wiaduktach – coraz więcej osób przechodziła do marszu. Ja to zniosłem całkiem dzielnie. Zawsze lubiłem podbiegi i rozpalony do ponad 40 stopni asfalt wcale mi nie przeszkadzał. Na 30 kilometrze byłem 819 z czasem netto 2:46:15. Tempo 5:33 na kilometr dalej pozwalało celować w złamanie 3:55 h. Biegłem już mocno wyczerpany, ale wciąż udawało mi się trzymać prędkość. Upał naprawdę dawał w kość. Do czegoś takiego nie przygotowała mnie nawet „trzydziestka” zrobiona dwa tygodnie przed startem w podobnych warunkach. Do takiej temperatury chyba nic nie mogło przygotować.
Warto tu wspomnieć o cieniu. Przez pierwsze kilka kilometrów biegliśmy zacienionymi willowymi dzielnicami. Potem ten luksus się skończył. Słońce piekło bezlitośnie, a każdy, nawet najmniejszy fragment cienia był błogosławieństwem i przyciągał jak magnes.
W okolicach 32. kilometra mijałem mój hotel. I od tego momentu resztę pamiętam jak przez mgłę i trochę mi się wszystko zlewa. Sporo odczytuję na podstawie zapisu z Garmina. Wykres pokazuje, że na 34 kilometrze zaczął się rzetelny kryzys. Tempo spadało z każdym kilometrem. 5:45, 5:55, 6:03, a tętno wzrosło do 190 uderzeń na minutę. Pamiętam kurtyny wodne, jakie ze szlauchów zrobili nam ludzie mieszkający dookoła trasy. Pamiętam ludzi leżących w cieniu na trawie. Pamiętam, że sporo osób mnie wyprzedzało, ale jeszcze więcej, pomimo wciąż spadającego tempa, mijałem ja. Widzę przed oczami, jak niektórzy zrywali się do kilkunastu, kilkudziesięciu metrów biegu, po czym znów przechodzili do marszu. Pamiętam jakiegoś komentatora, chyba dwa kilometry przed metą, a może pięć?. Życzył nam dużo cienia na trasie. Szczerze tego gościa wtedy nie cierpiałem. Co on mógł wtedy wiedzieć o cieniu?
Z każdym krokiem coraz silniej biłem się z myślami, żeby przejść do marszu, że przy takiej pogodzie to żaden wstyd. Nie poddawałem się i nawet jak zwolniłem do 6:40 to i tak biegłem. Na ostatnim punkcie odżywania banan nie przeszedł mi przez gardło, nie miałem już nawet ochoty na wodę albo izotonik. Wlałem je w siebie niemal siłą. Stale, niczym mantrę, powtarzałem sobie na zmianę: mam szansę na złamanie 4 godzin, czyli jest po co biec dalej; jak przejdę do marszu chociaż na chwilę, już nie ruszę; półtora roku pracy, jeszcze tylko chwila bólu i po wszystkim; aż wreszcie słowa Hanki i Avy spod ostatniego, przedmaratońskiego wpisu, o tym, że jestem przygotowany. Uwierzyłem w nie. Pomogły. Bardzo Wam za to dziękuję.
Pod koniec byłem bliski przegrzania. Poczułem lekkie dreszcze i chyba miałem całkiem suche ręce. Na ostatnim kilometrze sprężyłem się do szybszego biegu. Pod sam koniec zaczęły łapać mnie skurcze, metę przekroczyłem na sztywnych nogach. I wreszcie mogłem przestać biec.
Ulga.
Czas netto to 3:58:51 h. Prawie 15 minut poniżej oczekiwań. Równocześnie 590 miejsce na 2773 osoby, które ukończyły bieg. Pierwsza ćwiartka. Porażka? Sukces? Zdecydowanie to drugie. W tych warunkach, przy takiej pogodzie, z takim doświadczeniem jakie mam zrobiłem to co mogłem. Pewnie jakbym nieco wolniej pobiegł środkową część dystansu zyskałbym może 2 minuty. Ale z drugiej strony może i tak bym się przegrzał i nie złamał 4 godzin. Nie wiadomo. Przebiegłem całość, nie poddałem się, nie złamała mnie pogoda.
Czy czuję niedosyt, czy nie żałuję tego 3:45? Nie. Rezultat i styl w jakim przebiegłem maraton w takim upale rekompensuje mi z nawiązką te utracone minuty. Walkę, jaką stoczyłem z samym sobą będę mógł długo wspominać, a na rekordy zawsze będzie czas. Nie tak wyobrażałem sobie debiut, ale to co przeszedłem we Wrocławiu spełniło moje oczekiwania z nawiązką.
Teraz czas na odpoczynek i planowane 2 tygodnie przerwy od biegania. Za kilka dni napiszę jeszcze o wnioskach, jakie wyciągnąłem ze startu i z przygotowań do niego. A potem nowy sezon, nowe plany, nowe treningi.